Zastanawiam się czasami, czy to możliwe, że do człowieka przypisany jest pech albo szczęście, smutek albo radość.. Jeśli tak, to moim nieodłącznym przyjacielem musi być pech.. Jak w tytule posta.. Dzisiejszy dzień należy raczej do tych, kiedy najchętniej kupiłabym bilet powrotny na jutro, bo na za godzinę raczej się nie da, spakowałabym się w 5 minut i ruszyła na lotnisko niemalże natychmiast.. Może to kwestia pogody, gdyż ciągle pada i jest strasznie zimno, nie wiem.. Ale w chwili obecnej poprosiłabym Piaskowego Dziadka (pamiętacie ze Smerfów?) o mały myk, żeby już był październik:)
No ale jeśli jutro może wyjdzie słońce, to zapewne zmienię zdanie, jak zwykle. Niedziela, to zawsze był najpozytywniejszy dzień tygodnia, ponieważ nie dość, że można się bez wyrzutów sumienia wyspać za cały tydzień, to jeszcze sklepy są pozamykane, miasto jakby hibernuje, więc święty spokój gwarantowany!
Ale, ale.. Ten tydzień nie należał do najlżejszych. Po pierwsze ciągłe chodzenie i zostawianie cv, to trochę męczące. Natrafiłam w ogóle przypadkiem na polską knajpę - jedyna taką w Sydney, pokusiłabym się też o stwierdzenie, że może i jedyną w Australii. Mam nadzieję, że dostane tam pracę, byłoby dość wesoło. Generalnie ciężko jest z pracą tylko na miesiąc lub dwa. Ale staram się, staram:) Szłam zanieść moje resume właśnie do knajpki "Na zdrowie!", aż tu spotkałam dwóch ziomków - Jorge i Hide. Powiedziałam, że idę do polskiej restauracji i że to tylko 10 minut, a potem możemy wszyscy razem wrócić pociągiem (bo mieszkamy niedaleko siebie) i że to będzie chwilka! Jorge dobrze mnie podsumował po 30 minutach marszu: "Never trust a polish girl"........ No dla mnie było blisko.. Na szczęście było otwarte:) Ale za to wracaliśmy RAZEM pociągiem:)
Pojutrze zaczynam Business w innym budynku. Będę niemalże absolutnie sama, nikogo tam nie znam! No pomijając fakt, że Danish i Bob przenoszą się ze mną, ale do innych grup. Eh.. Smutno.. Ja lubię kampus na Wentworth.. Ale może nauczę się przynajmniej tak bardzo potrzebnej dzisiaj sztuki negocjacji w biznesie - i to po angielsku? Mój nowy nauczyciel - Steven - jest całkiem spoko, szacuję go na jakieś 28 lat. Spotkałam go w czwartek na Quay St, powiedział, że już się nie może doczekać poniedziałku:) Doskonale..
Cały czas nie możemy pójść na Sydney Tower, bo ciągle pada! Nie będzie ładnych zdjęć. Ani na wyspę nie popłyniemy, bo przy takiej pogodzie darmowy prom nie kursuje.. Pewnie gdyby nie był darmowy, to mimo deszczu i wiatru woziłby pasażerów - coś za coś.
Piątek był dosyć dziwnm dniem - niby miałam nic nie robić, tylko sobie wypocząć, ale kiedy pojechałam zabukować kurs dotyczący sprzedaży alkoholu, nagle zadzwonił telefon i już po godzince siedzieliśmy w Jean's Coffees na Park St i jedliśmy ciastka. Yoshi musiał iść o 5 pm do pracy, tak więc zostało nas trochę mniej, ale zaraz przyszła Junia. Udało nam się nawet znaleźć miejsce siedzące w środku (przypominam: piątek wieczór)!! Następnie przeszliśmy się George St i nagle dostrzegliśmy kebab, w którym pracuje Ozz... Także skończyło się darmowym zabiciem głodu kebsem oraz baklawą. Telefon od Yayoi, która nie za bardzo umie obsługiwać telefon - mniej więcej tak samo, jak posługiwać się angielskim, ale doszliśmy do wniosku, że zaprasza nas do koreańskiej knajpy. Poszliśmy, było śmiesznie, najedliśmy się za darmo, bo Koreańczycy nie wiemy czemu zapłacili za wszystko! Ja dla mnie bomba. Potem Denis - jakiś kolega Juliany - zabrał nas to innej koreańskiej knajpy, tym razem mieliśmy salę dla vipów po znajomości - ktoś z Ability tam pracuje. Doskonale. Prawie poparzyłam sobie język, takie ostre dania, ale bardzo dobre. Niby miałam wypoczywać w piątek, ale jak jeszcze przyszli Sergio i Rum, skończyło się powrotem o 1.30 do domu. Yayoi trochę przesadziła z alkoholem, więc był podwójny śmiech.
Kurs RSA dzisiaj - Responsible Service of Alcohol - był nawet ciekawy, chociaż oczywiście się na niego spóźniłam, jak zwykle. Ale naprawdę warto było posłuchać, że w Australii za wszystko jest kara: za sprzedanie nieletnim alkoholu - kara, za wpuszczenie nieletniego na teren lokalu - kara, za niezawołanie matki, która zostawiła dzieci bez opieki - kara. Nie wiem, czy opłaca się tutaj szukać pracy, bo można zostać bankrutem. Ale test końcowy zdałam na 100%, a więc teraz na imprezach mogę serwować drinki - możecie mi zaufać:)
Plan na dzisiaj był taki, że pójdę na King's Cross - taki hotspot w Sydney. Jakiś ma byc tam 3-piętrowy klub czy coś. Ale wróciłam z 8-godzinnego kursu o 18.30, a spotkanie na George St o 20, więc nie za bardzo mi się chciało. Jeszcze zdążę. Dzisiaj się wyśpię jak nigdy, ooo tak!
Mamie wszystkiego najlepszego z okazji imienin!
No i kończę, idę obejrzeć jakiś film i spaaać! Aha, polecam film "Stranger than fiction". Bardzo mi się podobał, chociaż z reguły rzeczy oglądane na zajęciach w szkole są nudne. Ten film był śmieszny! Ale żeby było zabawniej, pan puścił nam go tylko do połowy, bo nie starczyło czasu na więcej! Ale ściągnęłam go sobie i prześledziłam do końca. Polecam zaraz po "Weselu Muriel!"
Dlaczego tu jest tyle ludzi ze Słowacji?!:)
No ale jeśli jutro może wyjdzie słońce, to zapewne zmienię zdanie, jak zwykle. Niedziela, to zawsze był najpozytywniejszy dzień tygodnia, ponieważ nie dość, że można się bez wyrzutów sumienia wyspać za cały tydzień, to jeszcze sklepy są pozamykane, miasto jakby hibernuje, więc święty spokój gwarantowany!
Ale, ale.. Ten tydzień nie należał do najlżejszych. Po pierwsze ciągłe chodzenie i zostawianie cv, to trochę męczące. Natrafiłam w ogóle przypadkiem na polską knajpę - jedyna taką w Sydney, pokusiłabym się też o stwierdzenie, że może i jedyną w Australii. Mam nadzieję, że dostane tam pracę, byłoby dość wesoło. Generalnie ciężko jest z pracą tylko na miesiąc lub dwa. Ale staram się, staram:) Szłam zanieść moje resume właśnie do knajpki "Na zdrowie!", aż tu spotkałam dwóch ziomków - Jorge i Hide. Powiedziałam, że idę do polskiej restauracji i że to tylko 10 minut, a potem możemy wszyscy razem wrócić pociągiem (bo mieszkamy niedaleko siebie) i że to będzie chwilka! Jorge dobrze mnie podsumował po 30 minutach marszu: "Never trust a polish girl"........ No dla mnie było blisko.. Na szczęście było otwarte:) Ale za to wracaliśmy RAZEM pociągiem:)
Cały czas nie możemy pójść na Sydney Tower, bo ciągle pada! Nie będzie ładnych zdjęć. Ani na wyspę nie popłyniemy, bo przy takiej pogodzie darmowy prom nie kursuje.. Pewnie gdyby nie był darmowy, to mimo deszczu i wiatru woziłby pasażerów - coś za coś.
Piątek był dosyć dziwnm dniem - niby miałam nic nie robić, tylko sobie wypocząć, ale kiedy pojechałam zabukować kurs dotyczący sprzedaży alkoholu, nagle zadzwonił telefon i już po godzince siedzieliśmy w Jean's Coffees na Park St i jedliśmy ciastka. Yoshi musiał iść o 5 pm do pracy, tak więc zostało nas trochę mniej, ale zaraz przyszła Junia. Udało nam się nawet znaleźć miejsce siedzące w środku (przypominam: piątek wieczór)!! Następnie przeszliśmy się George St i nagle dostrzegliśmy kebab, w którym pracuje Ozz... Także skończyło się darmowym zabiciem głodu kebsem oraz baklawą. Telefon od Yayoi, która nie za bardzo umie obsługiwać telefon - mniej więcej tak samo, jak posługiwać się angielskim, ale doszliśmy do wniosku, że zaprasza nas do koreańskiej knajpy. Poszliśmy, było śmiesznie, najedliśmy się za darmo, bo Koreańczycy nie wiemy czemu zapłacili za wszystko! Ja dla mnie bomba. Potem Denis - jakiś kolega Juliany - zabrał nas to innej koreańskiej knajpy, tym razem mieliśmy salę dla vipów po znajomości - ktoś z Ability tam pracuje. Doskonale. Prawie poparzyłam sobie język, takie ostre dania, ale bardzo dobre. Niby miałam wypoczywać w piątek, ale jak jeszcze przyszli Sergio i Rum, skończyło się powrotem o 1.30 do domu. Yayoi trochę przesadziła z alkoholem, więc był podwójny śmiech.
Kurs RSA dzisiaj - Responsible Service of Alcohol - był nawet ciekawy, chociaż oczywiście się na niego spóźniłam, jak zwykle. Ale naprawdę warto było posłuchać, że w Australii za wszystko jest kara: za sprzedanie nieletnim alkoholu - kara, za wpuszczenie nieletniego na teren lokalu - kara, za niezawołanie matki, która zostawiła dzieci bez opieki - kara. Nie wiem, czy opłaca się tutaj szukać pracy, bo można zostać bankrutem. Ale test końcowy zdałam na 100%, a więc teraz na imprezach mogę serwować drinki - możecie mi zaufać:)
Plan na dzisiaj był taki, że pójdę na King's Cross - taki hotspot w Sydney. Jakiś ma byc tam 3-piętrowy klub czy coś. Ale wróciłam z 8-godzinnego kursu o 18.30, a spotkanie na George St o 20, więc nie za bardzo mi się chciało. Jeszcze zdążę. Dzisiaj się wyśpię jak nigdy, ooo tak!
Mamie wszystkiego najlepszego z okazji imienin!
No i kończę, idę obejrzeć jakiś film i spaaać! Aha, polecam film "Stranger than fiction". Bardzo mi się podobał, chociaż z reguły rzeczy oglądane na zajęciach w szkole są nudne. Ten film był śmieszny! Ale żeby było zabawniej, pan puścił nam go tylko do połowy, bo nie starczyło czasu na więcej! Ale ściągnęłam go sobie i prześledziłam do końca. Polecam zaraz po "Weselu Muriel!"
Dlaczego tu jest tyle ludzi ze Słowacji?!:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz