Jest wspaniale! Kurs business english jest świetny, nauczyciele też ok, nie wracam na Wentworth. Grupa zabawna, bo jest jedna Polka poza mną, dwie dziewczyny z Czech, jedna z Węgier, więc niemalże sami swoi! Steven - nauczyciel super, nie puszcza nam filmów zakupionych przez szkołę, tylko swoje, ściągnięte z internetu. Więc jest i śmiesznie, i po angielsku, i biznesowo. Teraz oglądamy reality show "The Apprentice" oraz "Magic Tricks". Kocham.
Raz stałam przy szkole, czekałam na Julianę, a tu podjechał do mnie ktoś na motorze i mówi "Hi". Nie za bardzo wiedziałam, o co chodzi, więc powiedziałam, że się raczej nie znamy, ale typ zdjął kask i co? Steven - mój nauczyciel. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Ostatnio polecił mi przeczytać książkę o bardzo zachęcającym tytule "Who moved my cheese?". Podobno zmieni moje pesyistyczno - cyniczno - sarkastyczne podejście do świata. Przeczytam.
Strasznie wieje za oknem, aż mi świszcze w domu. Zwłaszcza dało się to zauważyć dzisiaj o 6 rano. Zastanawiacie się, dlaczego wstałam w sobotę o 6 rano? Powód jest prosty, zostałam zaproszona na przyjęcie urodzinowe - niespodziankę. A że zaczynało się o 22 w piątek, to wpadłam na konferencję Skype o 6 rano w sobotę. Czuję się teraz, jak członek jakiejś lokalnej społeczności:) Wszystkiego najlepszego, Monia! Szkoda, że nie mogłam zjeść tego, co tam stało na stole..
Minione dni upłynęły w większości na wypełnianiu dokumentów do Mainz, a zwłaszcza Learning Agreementu. Lubię esemesy o 2 w nocy: "Petryk, wchodź na net, muszę wypełnić LA, Fiolson" O ile porozumieć się z Warszawą nie jest aż tak trudno, o tyle zgrać się w czasie z NY to już sztuka. No ale po tygodniu ciężkiej pracy dokumenty gotowe! Tylko akademiki tam drogie.. Chcę mieszkać na kampusie.. Koniecznie!
Ej, poniedziałek jest wolny! Jest jakiś państwowy dzień bankierów. Zamknięte są uwaga: banki oraz szkoły. Lubię.
Dzisiaj wreszcie odbył się prawdziwy clubbing made in Sydney. Niestety okazja niezbyt miła, bo to było pożegnanie Bruna. Ledwo wrócił z Indonezji, już wraca do Brazylii. Będzie mi go brakowało. Dzisiaj mi opowiadał, że był w Polsce! Jak to ujął, w takim małym miasteczku, gdzie wszystko jest z soli:) Chyba wszyscy wiemy, gdzie był? Nelson i Fernando uderzyli ostro w tany, tak jak i Junia oraz dwie malutkie dziewczynki z Korei. Najpierw byliśmy w Scruffy Murphy's, ale nie było jakoś nadzwyczajnie. Nelson wyszedł, i już go potem nie chcieli wpuścić do środka, więc postanowiliśmy zmienić miejsce. Spotkaliśmy w drodze na Oxford St Niemca, który grał na bębnach. Dotarliśmy do The Gaff, ale dzisiaj 10$ wstęp, więc zrezygnowaliśmy. Nasz marsz zakończył się w Hotel Colombian. Mistrzowsko.
Muzyka wypaśna, fajni ludzie, dwa piętra danceflooru i.. orzeszki ziemne dla każdego:) Nieźle jak dla mnie. Wracałam ostatnim pociągiem. Spotkałam jakiś dziwnych ludzi. Jeden typ powiedział, że jestem very pretty, ale kiedy zaczął coś mamrotać w nieznanym mi języku, postanowiłam zmienić miejsce. Ale trafiłam na jakiegoś innego człowieka, który zapytał dla odmiany, czy jestem z Rosji. Można się przyzwyczaić.
Pierwsza połowa weekendu całkiem udana, słońce zaczęło świecić, nie pada. Gdyby nie wiatr, to byłoby lato jak nic. Juliana się w końcu przeprowadziła, jutro trzeba będzie obejrzeć jej nowe lokum! Wszystko wspaniale, Danish, Jorge i Tuba od poniedziałku na Quay St. Za dwa tygodnie Junia, jak ją znam. Doskonale, doskonale. Myślę, że oni idą za mną:)
Sydney Tower jest przereklamowane. Widok miasta zza szyby nie jest wart 30$. A w windzie można się udusić. W piątek jadę do Canberry. Zobaczę stolicę wreszcie. Potem jeszcze jakieś Boat Party. Nie będę się nudzić..
Raz stałam przy szkole, czekałam na Julianę, a tu podjechał do mnie ktoś na motorze i mówi "Hi". Nie za bardzo wiedziałam, o co chodzi, więc powiedziałam, że się raczej nie znamy, ale typ zdjął kask i co? Steven - mój nauczyciel. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Ostatnio polecił mi przeczytać książkę o bardzo zachęcającym tytule "Who moved my cheese?". Podobno zmieni moje pesyistyczno - cyniczno - sarkastyczne podejście do świata. Przeczytam.
Strasznie wieje za oknem, aż mi świszcze w domu. Zwłaszcza dało się to zauważyć dzisiaj o 6 rano. Zastanawiacie się, dlaczego wstałam w sobotę o 6 rano? Powód jest prosty, zostałam zaproszona na przyjęcie urodzinowe - niespodziankę. A że zaczynało się o 22 w piątek, to wpadłam na konferencję Skype o 6 rano w sobotę. Czuję się teraz, jak członek jakiejś lokalnej społeczności:) Wszystkiego najlepszego, Monia! Szkoda, że nie mogłam zjeść tego, co tam stało na stole..
Minione dni upłynęły w większości na wypełnianiu dokumentów do Mainz, a zwłaszcza Learning Agreementu. Lubię esemesy o 2 w nocy: "Petryk, wchodź na net, muszę wypełnić LA, Fiolson" O ile porozumieć się z Warszawą nie jest aż tak trudno, o tyle zgrać się w czasie z NY to już sztuka. No ale po tygodniu ciężkiej pracy dokumenty gotowe! Tylko akademiki tam drogie.. Chcę mieszkać na kampusie.. Koniecznie!
Ej, poniedziałek jest wolny! Jest jakiś państwowy dzień bankierów. Zamknięte są uwaga: banki oraz szkoły. Lubię.
Dzisiaj wreszcie odbył się prawdziwy clubbing made in Sydney. Niestety okazja niezbyt miła, bo to było pożegnanie Bruna. Ledwo wrócił z Indonezji, już wraca do Brazylii. Będzie mi go brakowało. Dzisiaj mi opowiadał, że był w Polsce! Jak to ujął, w takim małym miasteczku, gdzie wszystko jest z soli:) Chyba wszyscy wiemy, gdzie był? Nelson i Fernando uderzyli ostro w tany, tak jak i Junia oraz dwie malutkie dziewczynki z Korei. Najpierw byliśmy w Scruffy Murphy's, ale nie było jakoś nadzwyczajnie. Nelson wyszedł, i już go potem nie chcieli wpuścić do środka, więc postanowiliśmy zmienić miejsce. Spotkaliśmy w drodze na Oxford St Niemca, który grał na bębnach. Dotarliśmy do The Gaff, ale dzisiaj 10$ wstęp, więc zrezygnowaliśmy. Nasz marsz zakończył się w Hotel Colombian. Mistrzowsko.
Pierwsza połowa weekendu całkiem udana, słońce zaczęło świecić, nie pada. Gdyby nie wiatr, to byłoby lato jak nic. Juliana się w końcu przeprowadziła, jutro trzeba będzie obejrzeć jej nowe lokum! Wszystko wspaniale, Danish, Jorge i Tuba od poniedziałku na Quay St. Za dwa tygodnie Junia, jak ją znam. Doskonale, doskonale. Myślę, że oni idą za mną:)
Sydney Tower jest przereklamowane. Widok miasta zza szyby nie jest wart 30$. A w windzie można się udusić. W piątek jadę do Canberry. Zobaczę stolicę wreszcie. Potem jeszcze jakieś Boat Party. Nie będę się nudzić..
3 komentarze:
Ja ciągle jestem pod mega wrażeniem, że naprawdę wstałaś :) Wiellllkiii respect!!!
A przyjęcie miało być formą godnego pożegnania przed wyjazdem Mondzika do SINGI, w sumie też trochę imieninowo-urodzinowym :)
3maj się i nie podrywaj dziwnych panów w pociągach tudzień przystojnych i interesujących nauczycieli o imionach na eS ani żadnych innych. Pamiętaj, facet to świnia :)
Petryczku, jak ja lubię cię czytać:))
I słuchaj się Ifonki:)
dziękuję Ci, Desso.. podniosłaś mnie na duchu:)
będę się słuchać Iwonki, ale tylko częściowo:)
Prześlij komentarz