7/06/2008

niedziela za miastem

Wreszcie ładna pogoda, więc może czas zapoznać się z sydneyską autostradą? Jest świetna, chociaż płatna.. 300 km w niecałe 2,5 h! Widoki niezapomniane - drzewa, kaniony jakieś, czarne krowy ubrane w niebieskie swetry (pozdro dla Sita) i w ogóle różne różności! A co 2 godziny mają obowiązkowe rest area i jest zalecane, żeby kierowcy zrobili sobie tam odpoczynek:)
Najpierw byłam na tamie. Niby mała rzeczka, ale tutaj woda jest bardzo ceniona, więc na każdej rzece jest tama! Jak dla mnie nic specjalnego..
Potem jechałam jakąś mega zawiłą drogą przez rain forest, można naprawdę się zabić na tych zakrętach! Ale widoki wspaniałe, taka atmosfera tajemniczości - lubię..
W miasteczku Robertson jest pomnik.. wielkiego kartofla czy tam ziemniaka, jak kto woli! Ale jest też knajpka w środku buszu, do której zjeżdżają tłumy, bo serwowany jest tam przysmak okolicy i chyba nawet całego stanu NSW - "pie". Ja zakupiłam sobie akurat wersję "beef, bacon, cheese", ale za te 4$ można miec także ten specjał w wersji na słodko! Polecam - wreszcie coś australijskiego, a nie żaden paskudny europejski import!
Zaczął padać deszcz. Za to lubię samochody, że w środku nie pada:) I jest ciepło. Powrót do Sydney zajął także mało czasu i kosztował kolejną opłatę za motorway M5.. No nic, co to dla bogatego Australijczyka, który ma dwa samochody? Najlepsze jest to, że można wykupić sobie karnet na autostradę przez net i wtedy nie przejeżdża się przez bramki do opłat, tylko jedzie się bez zatrzymania tak zwanym szlakiem e-way. Straszą karami na około i chyba nikt nie oszukuje, wszyscy płacą!! Niesłychane.. Aha, i na każdym kroku kamery, więc prędkości nie przekraczać! "You can lose your licence!" Ble bla bla :)
Nie ma korków, okrążyliśmy Sydney z prędkością światła, obejrzeliśmy przyboczne miasteczka.. Wspaniała niedziela! A skończyło się plotkami w polskim gronie. Dostałam nawet słownik australijski! Just enjoy!
Aha, w ogóle zapomniałabym o najgorszej rzeczy na świecie, jaką dostrzegłam! Wyprawiłam sie na poszukiwanie okularów przeciwsłonecznych, bo jak wiadomo, moje ulubione zaginęły w czarnej dziurze zwanej kanciapą. I co? Nie ma prawdziwych czarnych okularów, tylko te beznadziejne przezroczyste.. Wszyscy wiemy, jak kocham okulary, więc jest to niewątpliwie tragedia! I co ja teraz zrobię?? Może jakaś przesyłka z Polski? :)
Dzisiejszy obiad - włoskie pierogi ze szpinakiem i fetą czyli to, co kocham :) To łagodzi nawet ból braku okularów! Ale jako że jest niedziela, nie ma już naprawdę żywego ducha w okolicy! Może, moja droga Waso, masz rację, że doceniłabym te pustki po odwiedzinach u Ciebie, ale jak na razie nie doceniam! Nie rozumiem, jak przy takim pięknym krajobrazie, powietrzu czystym i wolnym dniu można siedzieć w domu i gapić się w tv! Zważając na fakt, że jedyne coś, co nie było wiadomościami albo programem typu reality show a la polskie "Żona dla farmera", to serial o lesbijkach, naprawdę nie rozumiem..
A tak z innej beczki zupełnie, na tamie spotkaliśmy ochroniarza, którego brat od 30 lat pracuje w polskim konsulacie i bardzo mu się tam podoba.. Haha, jaki ten świat mały :):)
Ok, trzeba się szykować mentalnie na dzień jutrzejszy i pierwszą podróż kolejką do centrum :) Dobrze, że mamy ferie, może tłok o godzinie, kiedy życie człowieka pracującego się zaczyna, będzie nieco mniejszy! :)

Brak komentarzy: