7/06/2008

dzień pierwszy - poradnik turysty

W dzień po przylocie wstałam o 7 rano, a to wszystko po to, żeby porozmawiać na Skajpie z Ojczyzną. 8 godzin różnicy czasu sprawia, że idealną porą na plotki staje się u mnie albo godzina 6 czy 8 rano, albo znowuż 22 czy 24.. Polska to nie najtrudniejsze miejsce, jeśli chodzi o time management. Gorzej z NY, Atenami i Indiami. Teraz sobie tak często odwiedzam internet, bo mam wolne, ale od poniedziałku zaczyna się kurs, więc nie będzie już tak sielankowo. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Do rzeczy..

Wycieczka po Sydney zaczęła się od spaceru po centrum, gdzie spotkać Australijczyka jest dość trudno.. Sami Chińczycy i inny import z Azji.. Pierwszy punkt programu to Sydney Tower - niestety okazało się, że jest zbyt duży wiatr i została zamknięta.. Ale mam bilet, więc w najbliższym czasie na pewno pójdę spróbować ponownie się tam dostać.

Katedra - przy wejściu wita nas tablica elektronicza odliczająca dni do Światowych Dni Młodzieży. Kościół w stylu Katedry Notre Dame, właściwie indentyczny. Kopia..

Cypel to śliczne miejsce nad zatoką, ale wieje jak nie wiem.. Co z tego, że jest 25 stopni, jak i tak bez kurtki się nie obejdzie.. Co prawda tubylcy mają to gdzieś i chodzą w jakiś bluzach albo w ogóle krótkim rękawku, dlatego strasznie łatwo tu rozpoznać Europejczyków.

Sydney Opera House - można wykupić tour po operze, który trwa 30 minut, godzinę lub też dwie. Ja wybrałam ten godzinny z przewodnikiem :) Opera jest cudowna, wszędzie są prezentacje multimedialne na wielkich ekranach, prezentujące historię i budowę opery. Meeega.. Okazuje się, że ten Duńczyk, który wygrał konkurs na projekt opery, nigdy nie widział jej po ukończeniu, bo po zmianie australijskiego rządu wyjechał na dobre do Danii. A teraz ma 90 lat i dalej tworzy projekty dla ulepszenia tej budowli. Nieźle..

Chinatown jest tu dość rozległe i bardzo znane - ja nie czuję klimatu chińskich dzielnic, nadal nie mogę przekonać się do Azjatów.. Trochę to rasistowskie.. W każdym razie to, za co chwalę tę część miasta, to jedzenie.. Pies z Pola Mokotowskiego nie umywa się do tej knajpki, w której jadłam. Siada się przy stolikach i natychmiast podjeżdżają panie z wózkami pełnymi świeżutkich potraw. Trzeba tylko dokonać wyboru.. Ale potem przyjeżdżają znowu i znowu.. Zasmakowała mi wieprzowina, ryby.. A w ogóle to wszystko! I sosy, są wspaniałe. Płaci się na samym końcu, kelnerzy zawsze, gdy bierzemy coś z wózka, stemplują numerek na stolikowej karcie. Wypas, ale ciężko znaleźć miejsce w godzinach szczytu, bo chyba nie tylko ja doceniłam tą knajpkę.

Monorail - kolejka, która jeździ przez całe miasto na jednej szynie, tuż nad ulicami i między budynkami. Świetna sprawa jak dla mnie. Tylko mało miejsc siedzących.. Stojących też mało, ale jeździ dosyć często.

A teraz coś z cyklu "Wujek Petryk radzi":

* przechodząc przez ulicę, patrzymy w prawo, a nie w lewo! (prawie przejechał mnie autobus)
* ludzie tu są do przesady mili, ale trzeba się przyzwyczaić
* Azjaci należą do tutejszego krajobrazu
* chodzimy lewą stroną chodnika, stajemy po lewej stronie ruchomych schodów
* wyprzedzamy kogoś z prawej
* oni prawie wcale nie zamykają domów!! nie dziwimy się..
* bierzemy rower, jest miliard ścieżek rowerowych wszędzie!
* nie boimy się, jeśli jest pusto na ulicy - oni siedzą w domach, bo jest ZIMA!

Brak komentarzy: