W dzień po przylocie wstałam o 7 rano, a to wszystko po to, żeby porozmawiać na Skajpie z Ojczyzną. 8 godzin różnicy czasu sprawia, że idealną porą na plotki staje się u mnie albo godzina 6 czy 8 rano, albo znowuż 22 czy 24.. Polska to nie najtrudniejsze miejsce, jeśli chodzi o time management. Gorzej z NY, Atenami i Indiami. Teraz sobie tak często odwiedzam internet, bo mam wolne, ale od poniedziałku zaczyna się kurs, więc nie będzie już tak sielankowo. Ale nik
t nie mówił, że będzie łatwo. Do rzeczy..
Wycieczka po Sydney zaczęła się od spaceru po centrum, gdzie spotkać Australijczyka jest dość trudno.. Sami Chińczycy i inny import z Azji.. Pierwszy punkt programu to Sydney Tower - niestety okazało się, że jest zbyt duży wiatr i została zamknięta.. Ale mam bilet, więc w najbliższym czasie na pewno pójdę spróbować ponownie się tam dostać.
Katedra - przy wejściu wita nas tablica elektronicza odliczająca dni do Światowych Dni Młodzieży. Kościół w stylu Katedry Notre Dame, właściwie indentyczny. Kopia..
Cypel to śliczne miejsce nad zatoką, ale wieje jak nie wiem.. Co z tego, że jest 25 stopni, jak i tak bez kurtki się nie obejdzie.. Co prawda tubylcy mają to gdzieś i chodzą w jakiś bluzach albo w ogóle krótkim rękawku, dlatego strasznie łatwo tu rozpoznać Europejczyków.
Sydney Opera House - można wykupić tour po operze, który trwa 30 minut, godzinę lub też dwie. Ja wybrałam ten godzinny z przewodnikiem :) Opera jest cudowna, wszędzie są prezentacje multimedialne na wielkich ekranach, prezentujące historię i budowę opery. Meeega.. Okazuje się, że ten Duńczyk, który wygrał konkurs na projekt opery, nigdy nie widział jej po ukończeniu, bo po zmianie australijskiego rządu wyjechał na dobre do Danii. A teraz ma 90 lat i dalej tworzy projekty dla ulepszenia tej budowli. Nieźle..
Chinatown jest tu dość rozległe i bardzo znane - ja nie czuję klimatu chińskich dzielnic, nadal nie mogę przekonać się do Azjatów.. Trochę to rasistowskie.. W każdym razie to, za co chwalę tę część miasta, to jedzenie.. Pies z Pola Mokotowskiego nie umywa się do tej knajpki, w której jadłam. Siada się przy stolikach i natychmiast podjeżdżają panie z wózkami pełnymi świeżutkich potraw. Trzeba tylko dokonać wyboru.. Ale potem przyjeżdżają znowu i znowu.. Zasmakowała mi wieprzowina, ryby.. A w ogóle to wszystko! I sosy, są wspaniałe. Płaci się na samym końcu, kelnerzy zawsze, gdy bierzemy coś z wózka, stemplują numerek na stolikowej karcie. Wypas, ale ciężko znaleźć miejsce w godzinach szczytu, bo chyba nie tylko ja doceniłam tą knajpkę.
Monorail - kolejka, która jeździ przez całe miasto na jednej szynie, tuż nad ulicami i między budynkami. Świetna sprawa jak dla mnie. Tylko mało miejsc siedzących.. Stojących też mało, ale jeździ dosyć często.

A teraz coś z cyklu "Wujek Petryk radzi":
* przechodząc przez ulicę, patrzymy w prawo, a nie w lewo! (prawie przejechał mnie autobus)
* ludzie tu są do przesady mili, ale trzeba się przyzwyczaić
* Azjaci należą do tutejszego krajobrazu
* chodzimy lewą stroną chodnika, stajemy po lewej stronie ruchomych schodów
* wyprzedzamy kogoś z prawej
* oni prawie wcale nie zamykają domów!! nie dziwimy się..
* bierzemy rower, jest miliard ścieżek rowerowych wszędzie!
* nie boimy się, jeśli jest pusto na ulicy - oni siedzą w domach, bo jest ZIMA!
Wycieczka po Sydney zaczęła się od spaceru po centrum, gdzie spotkać Australijczyka jest dość trudno.. Sami Chińczycy i inny import z Azji.. Pierwszy punkt programu to Sydney Tower - niestety okazało się, że jest zbyt duży wiatr i została zamknięta.. Ale mam bilet, więc w najbliższym czasie na pewno pójdę spróbować ponownie się tam dostać.
Katedra - przy wejściu wita nas tablica elektronicza odliczająca dni do Światowych Dni Młodzieży. Kościół w stylu Katedry Notre Dame, właściwie indentyczny. Kopia..
Cypel to śliczne miejsce nad zatoką, ale wieje jak nie wiem.. Co z tego, że jest 25 stopni, jak i tak bez kurtki się nie obejdzie.. Co prawda tubylcy mają to gdzieś i chodzą w jakiś bluzach albo w ogóle krótkim rękawku, dlatego strasznie łatwo tu rozpoznać Europejczyków.
Sydney Opera House - można wykupić tour po operze, który trwa 30 minut, godzinę lub też dwie. Ja wybrałam ten godzinny z przewodnikiem :) Opera jest cudowna, wszędzie są prezentacje multimedialne na wielkich ekranach, prezentujące historię i budowę opery. Meeega.. Okazuje się, że ten Duńczyk, który wygrał konkurs na projekt opery, nigdy nie widział jej po ukończeniu, bo po zmianie australijskiego rządu wyjechał na dobre do Danii. A teraz ma 90 lat i dalej tworzy projekty dla ulepszenia tej budowli. Nieźle..
Chinatown jest tu dość rozległe i bardzo znane - ja nie czuję klimatu chińskich dzielnic, nadal nie mogę przekonać się do Azjatów.. Trochę to rasistowskie.. W każdym razie to, za co chwalę tę część miasta, to jedzenie.. Pies z Pola Mokotowskiego nie umywa się do tej knajpki, w której jadłam. Siada się przy stolikach i natychmiast podjeżdżają panie z wózkami pełnymi świeżutkich potraw. Trzeba tylko dokonać wyboru.. Ale potem przyjeżdżają znowu i znowu.. Zasmakowała mi wieprzowina, ryby.. A w ogóle to wszystko! I sosy, są wspaniałe. Płaci się na samym końcu, kelnerzy zawsze, gdy bierzemy coś z wózka, stemplują numerek na stolikowej karcie. Wypas, ale ciężko znaleźć miejsce w godzinach szczytu, bo chyba nie tylko ja doceniłam tą knajpkę.
Monorail - kolejka, która jeździ przez całe miasto na jednej szynie, tuż nad ulicami i między budynkami. Świetna sprawa jak dla mnie. Tylko mało miejsc siedzących.. Stojących też mało, ale jeździ dosyć często.
A teraz coś z cyklu "Wujek Petryk radzi":
* przechodząc przez ulicę, patrzymy w prawo, a nie w lewo! (prawie przejechał mnie autobus)
* ludzie tu są do przesady mili, ale trzeba się przyzwyczaić
* Azjaci należą do tutejszego krajobrazu
* chodzimy lewą stroną chodnika, stajemy po lewej stronie ruchomych schodów
* wyprzedzamy kogoś z prawej
* oni prawie wcale nie zamykają domów!! nie dziwimy się..
* bierzemy rower, jest miliard ścieżek rowerowych wszędzie!
* nie boimy się, jeśli jest pusto na ulicy - oni siedzą w domach, bo jest ZIMA!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz