8/10/2008

PwP jak Petryk w Parlamencie!

Otóż ostatnio sporo się dzieje. Znowu poznałam miliard nowych ludzi, podszkoliłam moją grę w ping-ponga, spreparowałam prezentację na temat zmian kursu polskiej waluty względem euro przez ostatnie 5 lat (Steven: "My expectations were very high, but you met them!"), posłuchałam, jak zmieniają się inne waluty w stosunku do euro lub też
mnich z ciasteczkami:)

dolara australijskiego, nauczyłam się pożytecznego słownictwa dotyczącego giełdy i inwestycji, kupiłam prezenty oraz.. szorty.. Tak, czas płynie dość szybko, nie da się ukryć. A w piątek zmieniłam miejsce zamieszkania na 3 dni - pojechałam do Canberry. I, o zgrozo, poszłam przez to na wagary!
Lubię autostrady w Australii, bo są wszędzie. Po 5 minutach od wyruszenia z domu już śmigałyśmy (ja i moja ciotka)
ja w kuchni:)

po szerokiej, równej i płatnej (!!) szosie. Jednak całe 280 km do stolicy Antypodów mijałyśmy tylko zjazdy do poszczególnych miejscowości oraz australijski buszzz. Niezłe pustkowie swoją drogą. Ani żywego ducha w promieniu 5 km, no może poza rest area, gdzie oczywiście można spożyć najpopularniejszy posiłek (wśród już nie tylko) młodzieży - Big Maca w McDonald's lub też inny junk-specjał w Hungry Jack's (nasz Burger King). Generalnie nie jadłam nic od 7 rano, także musiałam przystać na dzikie warunki obcej cywilizacji i zabiłam głód podwójnym cheeseburgerem..
Przyznam się, że do tej pory nie widziałam jeszcze typowo australijskich zwierzątek. Niestety podczas drogi do Canberry to się zmieniło. A niestety dlatego, że chociaż obejrzałam wszystkie charakterystyczne dla kraju aborygeńskiego stworzenia, to leżały one na jezdni.. Zginęły pod kołami pędzących aut. Szkoda, było ich naprawdę duuużo! Wstrętni kierowcy!
Parlament!

Jakby ktoś wam powiedział, że będziecie mieszkać w pokojach przy polskim kościele na obrzeżach miasta, koło małego motelu i ośrodka buddystów, co byście pomyśleli?

Dokładnie! Ja sobie pomyślałam to samo, ale rzeczywistość Australii w żadnych razie nie odpowiada rzeczywistości polskiej. Także pokój był piękny, było w nim ciepło, łazienka oczywiście included, no i kuchnia wspólna, ale meeega wielka - opiekacz, toster, mikrofalówka, piecyk, 4 lodówki, 2 zlewy, zmywarka.. I tak mogłabym wymieniać w nieskończoność. Pokoje umieszczone były obok siebie, ale tworzyły razem kształt kwadratu. W środku natomiast znajdował się prześliczny malutki ogródek, który kojarzy mi się tylko i wyłącznie z matecznikiem z "Pana Tadeusza". Gdyby nie fakt, że Canberra znajduje się nieco na południe od Sydney, i zastała nas tam temperatura +4, to pewnie bym sobie tam siedziała i rysowała w wolnych chwilach. Ale i tak był to szczęśliwy przypadek, że akurat w piątek było tam +4, w sobotę naprawdę ciepło, bo aż +12 w dzień, bo w niedzielę niestety zaczął padać śnieg! Temperatura spadła poniżej zera.. A już myślałam, że jeśli polska zima mnie zawiodła, to w roku 2008 nie będzie mi dane ujrzeć pięknego białego puchu. Ten tutaj co prawda nie był ani piękny, ani puszysty, ale był śniegiem, nie da się ukryć. Ale chociaż było zimno, to świeciło słońce, także mogłam nosić moje nowe wspaniałe okulary przeciwsłoneczne, które tak kocham! :)
Manuka - nowoczesna dzielnica Canberry, gdzie można wieczorem kogokolwiek spotkać. Polecam doskonałą chińską restaurację, w której, nie mam pojęcia, jakim cudem, udało nam się znaleźć miejsce. Inne centrum życia kulturalnego i społecznego to Kingston Shops. Poza tym stolica Australii świeci pustkami, gdzie by się nie obejrzeć. Znajomi mi mówili, że to najnudniejsze miejsce na świecie. Niemożliwe..
Ponieważ w pokoju był telewizor, obejrzałyśmy otwarcie olimpiady w Pekinie. Pięknie machałaś tą flagą, Irenko, Pięknie. Tylko nie zorientowałam się, w jakiej kolejności te kraje się prezentowały?! A sam show na początku musiał sporo kosztować.. Niezła koordynacja, chciałabym sie tak nauczyć. Tylko to dziecko przy fortepianie jakieś nieco nieobecne.
Znalazłam doskonałe jogurty, więc śniadanie dnia sobotniego miało raczej zdrowy charakter, pomijając masło, okropnie słone i szkodliwe, ale
zakazane zdjęcie - tam nie wolno - Art Gallery

jednak tak przeze mnie uwielbiane. Tak, wstałam o 8 rano, bo tutaj wszystko zamyka się o 5 pm.
Toteż ruszyłyśmy do Parlamentu! Jest monumentalny! Wielki! Piękny, mógłby być moim domem. I wszystko jest za darmo, cała wycieczka do Canberry kosztowała nas tyle, co za pokój, jedzenie i benzynę. Ale, ale.. Wróćmy do Parlamentu.
Great Hall - wielka sala, do której każdy może wejść. Naprzeciw wejścia wielki obraz znanego australijskiego malarza. Przedstawia drzewa, a między nimi białego ptaka oraz.. kometę Haleya! Została tam specjalnie dodana, żeby upamiętniała rok powstania sali. Na oryginalnym ibrazie jej nie ma. Podłoga jest niesamowicie gładka. Wszędzie są gwiazdki, symbolizujące stany australijskie, są obrazy z podobiznami znanych ludzi, w tym premierów. Jest berło, jest Senat, jest wszystko! Canberra była od początku miastem planowanym, dlatego nazywana jest miastem-ogordem, a ludzie nie mają w ogóle płotów przy domach. W Parlamencie można wjechać na samą góre windą, żeby przejść się po trawniku na dachu, obejrzeć flagi, które sobie tam wiszą, podziwiać z daleka budynek starego Parlamentu, gdzie tymczasowo obradował rząd, kiedy nowy budynek powstawał z niczego. Nie będę pisać o zasadach głosować, zegarach porozwieszanych niemalże
National Library - trochę wietrznie

na każdej ścianie i wodzie na parterze, zagłuszającej rozmowy posłów, bo zajęłoby to za dużo miejsca. Ale przewodnicy po Parlamencie są świetni. Nie opowiadają suchej historii, ale same ciekawe fakty, które ją tworzą. Lubię.. I wszystko, co tam jest, ma jakiś sens.. A to mozaika na chodniku, a to gwiazdki, a to woda, a to flagi, a to berło, a to krzesła, a to siedzenie podobne do tronu, a to dary od różnych państw.. O ile nie lubię zwiedzać, o tyle kocham australijski Parlament. Mają tam nawet bank i pocztę, także można tam spędzić dosłownie prawie całe życie. Prawie - bo nie ma sypialni! To chyba jedyne, czego tam nie ma:)
National Library - ciekawe wystawy, wielka budowla. Krótko i zwięźle - jak BUW za jakieś 300 lat.
Art Gallery - Same obrazy i ksiązki o obrazach. Ale znalazłam mnóstwo ciekawych opowieści o jednym z moich ulubionych twórców - Edvardzie Munchu. Więc warto było pójść. Niektóre dzieła z PopArtu i 20. wieku były ciekawe, ale generalnie trochę tego za dużo na raz. I nie wolno robić zdjęć, o czym zostałam poinformowana niemalże przez megafon, jak ośmieliłam się tylko wyjąć aparat. Ale spokojnie, parę zdjęć spod pachy udało się jednak niepostrzeżenie i - niestety - bez flesza zrobić.
Kino Greater Union - tej instytucji dziękujemy, bilet 25$.
Wietnamska knajpka w Manuce - polecam, chociaż zamykali o 3 pm, dali nam jednak doskonały lunch o 3.30 pm! Uprzejmi ludzie! Canberra rlz..
Ambasady! Są nieziemskie. Każda w innym stylu, charakterystycznym dla danego kraju! Polska ambasada wielka i poważna, fińska dość nowoczesna, chińska tradycyjna, ale mimo to zaskakująca prostotą i kolorystyka, niemiecka - eee, ta nie zaskakiwała:)
Parlament nocą - tak, tak! Warto tam podjechać około 9 pm tylko po to, żeby zobaczyć oświetlony budynek nowego Parlamentu. Ale na ulicach pusto. Tylko we wcześniej wspomnianych dwóch ośrodkach można się natknąć na jakąś żywą istotę. No coż, w całej Australii chyba panuje taka mentalność.
Niedziela - czas powrotu. Ale zanim samochód, motorway i dom, to jeszcze wstąpiłyśmy na "rynek", który jest otwarty tylko w niedziele i można tam kupić jakieś śmieszne, niby tradycyjne, duperele. A w cudzysłowie, bo tak generalnie to jest hangar bo dworcu autobusowym, a nie żaden rynek. Ale znalazłam jedną fajną rzecz, o której nie napiszę, bo to prezent. Ale co ciekawsze, wyrób studia "Malgorzata". Kiedy zobaczyłam taką nazwę, nie było siły, żebym nie zapytała, skąd pochodzi wytwórca. Nie pomyliłam się, oczywiście z Polski. Także porozmawiałam po polsku, dokonałam zakupu i dostałam upust:)
War Memorial - muzem uczestnictwa Australijczyków w wojnach światowych. Bez rewelacji. Duże, ale pełne sztuczności i fałszywego rozmachu. Różniące sie niepomiernie od muzeów europejskich, dotyczących tego okresu. Poza wysokiej jakości techniką przekazu niczym nie zaskakuje. Pokusiłabm się nawet o stwierdzenie, że jest dość nijakie.

To chyba tyle Canberry! Pewnie jest tam jeszcze dużo muzeów i pięknych parków, ale ile można?

Aaaaa, zapomniałabym o tym, co mi się najbardziej podobało (poza Parlamentem oczywiście!) - ogród rzeźb. Szkoda, że akurat wtedy skończyła mi się bateria w aparacie, rzeźby były boskie, niewyobrażalnie nowoczesne, a zarazem tkwiące głęboko w korzeniach przeszłości:)

O matko, jak sama siebie czytam, to aż się dziwię, co ja tu wypisuję:) Ale cieszę się, że Dessie się podoba:)

Czas na nowy tydzień, nowe biznesowe prezentacje, nowe poszukiwania, nowe prygody i nowe rozgrywki w ping-ponga. W czwartek Boat Party. Już się nie mogę wprost doczekać. Papiery do Mainz wysłane, wszystko dopięte na ostatni guzik. Ale zapewne do czasu:)

3 komentarze:

Aniellska pisze...

Petryk... kolejne wpisy czytam jak z zapartym tchem :) Momentami czuje sie tak, jakbym sama byla w Australii, doslownie! I zaluje ze sama nie poprowadzilam wlasnego bloga....

Apropos: z ceremonia otwarcia igrzysk bylo tak ze poszczegolne kraje pojawialy sie w kolejnosci alfabetycznej, ale alfabetu chinskiego, stad moze to male zamieszanie ;))

wielkie pozdro!

petryk pisze...

czyli wedlug alfabetu chinskiego Polska jest absolutnie na szarym koncu?:)

ciesze sie, ze czytasz:) moze ja sie marnuje na esgiehu? powinnam zaczac pisac powiesci:)

aktualnie jednak pracuje nad przemowieniem, dlaczego warto przeniesc firme do warszawy:) hmmm, wlasciwie dlaczego?!

Unknown pisze...

Dzięki Petryk za kolejny wpis bo już powoli zaczynałam się martwić o Ciebie :) Poza tym, aż wstyd sie przyznać, ale przyzwyczaiłam się do lektury Twojego bloga i brakowało mi kolejnych newsów z Antypodów.

Btw ja właśnie pośrodku pakowania, między upychaniem kosmetyczki a butów, bo suprise, suprise, jutro do Kopen lecę :)))